Instruktor ma latać czy uczyć? Stary spór, który wraca jak bumerang

Dwa obozy

instrg

Obóz pierwszy: instruktor to przede wszystkim pedagog

Zgodnie z tym podejściem — bliskim temu, co EASA wbudowała w strukturę kursu FI — instruktor jest oceniany przede wszystkim według kompetencji dydaktycznych. FCL.920 definiuje wprost, czego wymaga się od każdego instruktora: przygotowanie zasobów, tworzenie klimatu sprzyjającego uczeniu, prezentacja wiedzy, integracja TEM i CRM, zarządzanie czasem, facylitacja nauki, ocena postępów studenta, raportowanie wyników. To nie jest lista pięknych haseł — to jest podstawa egzaminu instruktorskiego.

Kurs FI (FCL.930.FI) obejmuje 25 godzin teaching & learning oraz co najmniej 100 godzin szkolenia teoretycznego. Assessment of competence (FCL.935) sprawdza briefing, prowadzenie lekcji w powietrzu i debriefing — oddzielnie i każdy z osobna. Egzaminator obserwuje jak uczysz, nie tylko jak latasz.

Argumenty tego obozu są spójne: pilot z 5000 godzin bywa fatalnym instruktorem, bo nigdy nie nauczył się przekazywać wiedzy. Dobry dydaktyk z mniejszym nalotem wychowa lepszego pilota niż wylatany celebryta, który nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego coś robi.

Obóz drugi: instruktor to zwieńczenie kariery pilota

Tu argumentacja idzie w stronę bezpieczeństwa i transferu realnych umiejętności. Instruktor siedzi na prawym fotelu z człowiekiem, który może popełnić błąd zagrażający życiu. Musi to przewidzieć, opanować, wyprowadzić. Słaba technika pilotażu + zestresowany student = sytuacja niebezpieczna dla obu.

Klasyczne hasło: „uczył Marcin Marcina” — system, w którym świeżo upieczony FI szkoli kolejnych FI, powielając własne braki. Po kilku iteracjach poziom leci w dół, a wszyscy są przekonani, że jest w porządku, bo zdali egzamin. Brzmi znajomo?


Co tak naprawdę mówi EASA?

Regulacja jest interesująca, bo daje argumenty obu stronom — i jest w tym spójna wewnętrznie, co środowisko często pomija.

Strona dydaktyczna jest twarda. FCL.920 to lista dziesięciu kompetencji instruktorskich, każda z osobnym zestawem wymagań dotyczących wiedzy i zachowania. Nie można ich zaliczyć przez osmozę — są oceniane na egzaminie. Sekcja 1 assessment of competence (FI) to 45-minutowy wykład próbny przed egzaminatorem i odpowiedź ustna z całości programu teaching and learning. Sekcja 2 i 5 to briefing i debriefing oceniane według sześciu kryteriów każdy: klarowność przekazu, technika instruktorska, udział studenta.

Strona pilotażowa jest równie twarda — i wcale nie „tylko formalna”. FCL.915.FI wymaga, żeby kandydat na FI(A) posiadał co najmniej CPL(A) lub PPL(A) z egzaminem na poziomie CPL, minimum 200 godzin nalotu (w tym 150 jako PIC), 30 godzin na typie używanym w kursie FI, 20 godzin VFR cross-country jako PIC, a przed samym kursem — test wejściowy oparty na proficiency check (FCL.930.FI). Instruktor musi też umieć prowadzić ćwiczenia, których uczy: FCL.930.FI wymaga 30 godzin flight instruction na kursie FI, w tym 25 godzin dual flight instruction. Łącznie kurs FI to co najmniej 155 godzin obciążenia (25 T&L + 100 teoria + 30 godzin w powietrzu).

Kluczowy przepis, o którym obie strony zapominają: FCL.910.FI — świeży FI przez pierwsze 100 godzin instruktorskich i 25 nadzorowanych lotów solo studenta działa pod nadzorem starszego instruktora. Samodzielność przychodzi dopiero po tym progu. System przewidział „Marcina uczonego przez Marcina” i wbudował mechanizm kontrolny.


Gdzie leży sedno sporu?

Problem nie jest w tym, co mówi prawo. Problem leży gdzie indziej.

Po pierwsze — system dopuszcza do kursu FI pilotów z 200 godzinami nalotu i nie ma mechanizmu, który weryfikuje jakość tych godzin. Można mieć 200 godzin zbudowanych w złej szkole na słabym instruktorze — i pójść uczyć kolejnych. Przepis jest spełniony, rzeczywistość może być zupełnie inna.

Po drugie — 25 godzin teaching & learning to prawdziwie mało jak na zawód, w którym uczysz człowieka zarządzać sytuacjami zagrożenia życia. Nauczyciele mają kilkuletnie studia. Pilot-instruktor dostaje 25 godzin teorii pedagogiki i certyfikat. FCL.920 jest ambitne — ale kurs przygotowujący do jego realizacji jest krótki.

Po trzecie — przez pierwsze lata kariery instruktor faktycznie nie ma dużego nalotu i naprawdę uczy się uczyć w czasie rzeczywistym, na studentach. Mechanizm nadzoru z FCL.910.FI istnieje, ale jakość tego nadzoru jest różna w różnych szkołach.


A może po prostu podnieść poprzeczkę?

Jest jeszcze trzecia grupa w tej dyskusji — mniej głośna, ale zadająca najtrudniejsze pytanie. Mówią: przestańmy kłócić się o proporcje między dydaktyką a pilotażem i po prostu podnieśmy wymagania wejściowe. Więcej nalotu, wyższe minima, trudniejszy egzamin. Szczególnie słychać to w środowisku szybowcowym, gdzie instruktor często pracuje z bardzo młodymi, niedoświadczonymi pilotami, na sprzęcie wymagającym precyzji, w warunkach, gdzie nie ma silnika do pomocy.

Argument ma swoją logikę — więcej doświadczenia przed wejściem w rolę instruktora brzmi rozsądnie, szczególnie w środowisku szybowcowym gdzie specyfika operacji jest inna niż na samolotach silnikowych.

Ale pojawia się tu pytanie, które warto postawić równolegle: czy samo podniesienie progu nalotem wystarczy, jeśli system oceny kompetencji nie funkcjonuje tak jak powinien? Nalot jest łatwy do zmierzenia — kompetencja już znacznie trudniej. Można mieć dużo godzin wylatanych w wąskim środowisku i mało godzin wylatanych różnorodnie, świadomie, z dobrym mentorem. Liczba w logbooku nie zawsze to rozróżnia.

Z drugiej strony — są tacy, którzy mówią, że wyższe wymagania nalotem to przynajmniej coś konkretnego do uchwycenia, w przeciwieństwie do miękkich kryteriów oceny kompetencji, które różnie funkcjonują w różnych szkołach i w różnych rękach egzaminatora.


Wniosek

Oba obozy mają rację — w połowie.

Instruktor, który słabo lata, jest zagrożeniem niezależnie od tego, jak pięknie prowadzi briefing. Ale instruktor, który doskonale lata, a nie potrafi przekazać wiedzy, marnuje czas studenta i buduje pilotów na własny, często niepowtarzalny obraz.

EASA próbowała to połączyć — i próba nie jest zła. Pytanie o to, czy wymagania są właściwie skrojone i egzekwowane, pozostaje otwarte — i różne środowiska, różne kraje i różne typy operacji odpowiadają na nie inaczej.

Może zamiast szukać jednej słusznej odpowiedzi, warto zacząć od pytania bliżej domu: czy szkoła, w której uczysz albo się uczysz, traktuje ocenę kompetencji poważnie? To pytanie jest trudniejsze niż „ile masz godzin” — ale też ciekawsze.


Opublikowano

w

, , , , ,

przez

Tagi:

Komentarze

Jedna odpowiedź na “Instruktor ma latać czy uczyć? Stary spór, który wraca jak bumerang”

  1. Awatar Andrzej
    Andrzej

    Obecne przepisy EASA przepisała z dużych organizacji lotniczych i dobrze rozwiniętych kultur lotniczych. Tam ważnym aspektem systemu był bardzo wysoki poziom przeciętnego pilota oraz bardzo duży i dobry dostęp do wiedzy lotniczej – bez ograniczeń. Np było tak w UK, DK, HOL, DE, FE, CH, NOR.

    Problem dotyczy krajów post-komuna (wschód, IT, HISZ), gdzie jak kończy się logika to zaczyna się wojsko.

    System działa dobrze. Ale ludzie, którzy go wpisywali w paragrafy nie wiedzieli, że są kraje o specyficznej kulturze narodowej i lotniczej – tam gdzie wiedza to przywilej wybranych (kraje historycznie socjalistyczne i mocno katolickie).

    Więc są 3 składowe a nie 2 dobrago instruktora: Instruktor Dydaktyk, Instruktor Dobry Pilot + Kultura wiedzy w jakiej wyrastał kandydat na instruktora.

    Jeśli kandydat na instruktora nasiąkał już wiedzą i praktyką zawsze i wszedzie dostępną jako standard od samego początku to szkolenie instruktorskie było tylko uzupełnieniem.

    Takie jest założenie systemu na papierze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *